wspomnienie

Dziś niedziela, wiec w ramach czynienia dobra, oraz w celu podźwigniecia na wyższy poziom średniego IQ na blogu, wspomnę pioseneczkę jedna. Czy, rzeczona piosnka ma korzenie kabaretowe, pewien nie jestem, ale bym sie nie zdziwil, gdyby miala…
Story ma miejsce w srodowisku wodnym i w kolejnych zwrotkach pojawiaja sie zestawione ze soba w pary, raczej niezbyt pasujace do siebie wodne stworzonka. A to sledz z kims tam, albo rybka z wielorybem. Pure nonsense, zgrabnie spleciony w całość  wdzięcznym refrenem chwalącym urodę życia i tego, ze sie nalezy … Znaczy od zycia sie nalezy. Chyba jest jednak znaczna różnica, ta śpiewaczka nie była niekochanym dzieckiem z patologicznej rodziny, a bardzo dojrzałą osobą, choć młodą. Nazwiska nie wymieniłem, ale bardzo was by je zdziwiło.

Moja starsza siostra zawsze mawia, że “wszyscy ludzie wiedzą wszystko”, ale to nie znaczy, ze każdy człowiek, taki pojedynczy, posiada ową wiedzę, ale wszyscy ludzie razem. Po określoną wiedzę trzeba się zwrócić do odpowiedniej osoby.
W sprawie religii w szkole na blogu pojawiły się różne informacje – każdy pamięta przecież głownie lub tylko własne doświadczenia. Ja również tylko wybiórczo mogę się na ten temat wypowiedzieć.
Podczas wojny religia była w szkole i uczyła mnie wszystkich przedmiotów (również religii) pani Biskup! Nomen, omen! Chyba uczyła dobrze przy takim nazwisku, ale niczego nie pamiętam. Do komunii przygotowywali nas bardzo dobrzy księża. Czy sami wierzyli w to, co nam mówili, nie jestem w stanie powiedzieć.
Mój wstręt do religii w szkole nadszedł razem z Mateczką-Polską.
W latach 1945 do 1947 zapamiętałem głównie  księdza, który bił dzieci nogą od krzesła. Następne dwa, a może trzy lata(?) był terror modlitewny plus religia w liceum. Przed maturą sobie już katechezy nie przypominam (mała luka), a od 1951 do 1955 nie było w szkole ani modlitwy, ani religii (pracowałem jako nauczyciel), potem mam przerwę w religijności, bo podczas studiów i w pracy po studiach był porządek.
Ponowne wprowadzenie religii mnie już interesowało tylko z powodu dzieci i wnuków. Czy dzieci miały religie w szkole to wątpię, bo pamiętam, że po coś chodziły do salki przy kościele.
Wnuk był już chyba w gorszej sytuacji, bo ksiądz go nie dopuścił do bierzmowania, bo nie potrafił wymienić “grzechów cudzych”. Mnie wystarczyły – do popełnienia – grzechy własne i też o cudzych nie wiedziałem. Teraz już wiem. Wnuk się wkurzył i olał bierzmowanie. Były kłopoty przy ożenku, bo jego narzeczona chciała ślubu kościelnego. Załatwiła u biskupa ślub katoliczki z “bezbożnikiem”. Nie byłem na ślubie (skutki udaru), ale żona uważnie słuchała przysięgi. Wszystko podobnie, tylko nie mówił o pomocy ze strony Boga (jak mówią posłowie), ale musiał tylko uprzednio wyrazić zgodę na katolickie wychowanie dzieci. Nie wiem czy ustnie czy na piśmie.